Za tydzień wybory. Zanim zapadnie cisza wyborcza można jeszcze agitować. Nie wydaje mi się by to wszystko miało większe znaczenie bo, jak bardzo słusznie zauważyła Emma Goldman: gdyby wybory miały coś zmienić, to dawno zostałyby zakazane. Zgadzam się z tą opinią żydowskiej feministki i anarchistki. Podzielam też inne poglądy tej wybitnej myślicielki politycznej np. to:

Bez względu na obecną tendencję wiodącą ku silnym władcom, totalitarnym państwom, lewicowym dyktaturom, moje przekonania pozostały niezachwiane. Wierzę w jednostkę i w zdolność wolnych jednostek do wspólnego wysiłku.

Dlatego też nieszczególnie ekscytują mnie bieżące przepychanki polityczne. Zresztą nie jestem demokratą i za Arystotelesem i Platonem uważam, że  demokracja jest najgorszym możliwym systemem politycznym (gorszym np. od monarchii i arystokracji albo republiki). Demokracja wynosi do władzy tyranów. Hitler (konkretnie Narodowo Socjalistyczna Niemiecka Partia Robotników) został wybrany w demokratycznych niefałszowanych wyborach. Kaczyński też.  Głosowanie to chęć rządzenia innymi i właściwie przyzwoity człowiek nie powinien tego robić.

Powodowany łagodnością i umiarkowaniem zapewne jednak ulegnę presji otoczenia i pójdę na wybory by próbować coś zmienić. Jak tu zagłosować? Wrzucenie kartki wyborczej do urny jest czymś co ma wymiar moralny i podlega ocenie etycznej (germański przykład powyżej). Ta teza wydaje mi się tak oczywista, że zupełnie nie chce mi się jej uzasadniać. Skoro tak, to jakiekolwiek rozważania na ten temat należy prowadzić, wychodząc od wyznawanej i praktykowanej przez siebie etyki.

Do tego miejsca nie było to specjalnie skomplikowane. I dalej też nie jest. Jestem buddystą i praktykuję czyli staram się żyć zgodnie z buddyjskim systemem etycznym. Szczęśliwie nie muszę tu wykładać całej buddyjskiej etyki, by dojść do jakichś wniosków  w kwestii wyborów politycznych. Centralnym buddyjskim pojęciem etycznym w obszarze relacji społecznych (ale też i szerzej) jest ahimsa czyli zasada niestosowania, unikania wszelkiej przemocy. Nawet nieprzyjazne myśli nie są OK. Chodzi o unikanie jakiegokolwiek krzywdzenia na płaszczyźnie życia, własności oraz wolności. Dotyczy to wszelkich odczuwających istot i rozciąga się oczywiście na wszystkich ludzi ale też i na zwierzęta. Wszelkiego rodzaju przemoc powoduje wedle buddystów negatywne skutki. Też nie mam tu zamiaru uzasadniać tej tezy bo wydaje mi się, że w zasadzie (poza psychopatami) wszyscy normalni ludzie się z tą tezą zgadzają.

W wersji minimalnej ahimsa zakłada bezwzględne unikanie niesprowokowanej przemocy, czyli dopuszcza możliwość samoobrony. No i pomedytujmy sobie nad tą ahimsą chwilę. Skoro ja nie mogę stosować niesprowokowanej przemocy w celu np. pozbawiania życia, własności lub wolności to nie mogę też nikogo upoważnić by to robił w moim imieniu. Nieprawdaż? Zatrzymaj się drogi Czytelniku w tym  miejscu i odpowiedz na to pytanie. Skoro nikogo nie mogę upoważnić do pozbawiania życia, własności i wolności to nie mogę też upoważnić do tego żadnej instytucji. Nieprawdaż? Skoro tak, to lądujemy na libertariańskiej koncepcji państwa, które nie ma prawa nikogo pozbawiać życia, majątku i wolności. Wszelkie opodatkowanie nie jest więc, w ramach tej koncepcji, etycznie niedopuszczalne – tak samo jak zniewalanie i zabijanie.

Z buddyzmu wynika więc libertarianizm czyli filozofia polityczna, która także podziela zasadę unikania niesprowokowanej przemocy w relacjach społecznych i politycznych. Każdy konsekwentny buddysta jest więc politycznym libertarianinem. Quod erat demonstrandum.

Powstaje więc nowe pytanie. Na kogo ma głosować libertarianin? W poprzednich wyborach nie miałem problemu – głosowałem na Gwiazdowskiego. Teraz jest pewna trudność bo wybór się zmniejszył i program zbliżony do libertarianizmu prezentuje wyłącznie Konfederacja Korwina. Janusz Korwin-Mikke jest konsekwentnym politykiem. Znam go osobiście bo kandydowałem do sejmu w latach 90-tych z jego list (wtedy UPR). W kwestiach gospodarczych nie widzę problemu. Korwin niczego nie wymyśla lecz powtarza znane i sprawdzone recepty Adama Smitha, Miltona Friedmana i Murray’a Rothbarda i całej szkoły ekonomi neoklasycznej. W kwestiach obyczajowych jest przeciwnikiem aborcji, co też jest zgodne z zasadą niekrzywdzenia (buddyzm uważa aborcję za czyn wysoce nieetyczny).

Czy jest więc jakiś problem? Tak – język Korwina nie spełnia wymogów buddyjskiej łagodnej mowy. Szczęśliwie jednak tu w Krakowie z list Konfederacji startuje Konrad Berkowicz – libertarianin, wystarczająco łagodny w mowie i piśmie, tak by nawet buddysta na niego zagłosował. Tak więc zrobię i zachęcam do oddania na niego głosu. Mam nadzieje, że Konrad Berkowicz dostanie się do sejmu.  Czego sobie i Wszystkim życzę!

PS: Dla osób które chcą tylko usunąć PiS od władzy i nie rozumieją po co buddyzm i libertarianizm i cała ta etyka.  Dla tych osób podam więc jeszcze inny powód do głosowania na Konfederację Korwina. Prosta arytmetyka na poziomie podstawówki pokazuje, że aby odsunąć PiS od władzy (przy obecnych uwarunkowaniach) w sejmie jest potrzebnych pięć partii. Zgodnie z systemem d’Hondta głosy, które by padły na partie poniżej progu, przejdą w większości na PiS. Ponieważ PSL ma swoje tajne sposoby na przekraczanie progu  to trzeba głosować na Konfederację.

Śledź bloga na facebooku!
Bądź na bieżąco!